Jeden z pionierów psychiatrii dziecięcej, znany amerykański lekarz oświadczył, że ADHD to „sfabrykowana choroba”. Powiedział to trzy lata temu, po czym umarł. Dziś jego wypowiedź wywołuje burzę medialną – w prasie i internecie, otwierając na nowo dyskusję o zasadność diagnozowania i terapii zespołu nadpobudliwości ruchowej u dzieci.
Tak, wiem, że ADHD (zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi) jest wpisane do rejestru chorób, ma odpowiedni numer statystyczny, a rzesze specjalistów zajmują się jego leczeniem. Okazuje się jednak, że jeden z czołowych specjalistów od tego schorzenia sam nie miał pewności, na ile istnienie ADHD podparte jest rzetelną wiedzą, a na ile to tylko wytwór mający poszerzyć rynek usług medyczno-farmaceutycznych. Wypowiedź prof. Leona Eisenberga, znanego amerykańskiego psychiatry dziecięcego, padła w 2009 roku – kilka miesięcy przed jego śmiercią. W rozmowie, którą przeprowadził z nim wówczas dziennikarz niemieckiego pisma „Der Spiegel”, miał on powiedzieć, że „ADHD jest cudownym przykładem sfabrykowanej dolegliwości”. Motorem stworzenia takiej jednostki jest – jego zdaniem – rynek farmaceutyczny, który błyskawicznie wynalazł na nią cudowną pigułkę. Sprzedaż metylofenidatu, znanego pod rynkową nazwą jako Ritalin czy Conerta, od „wynalezienia” ADHD (a raczej uznania go przez DSM – Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders – klasyfikację zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego) zaczęła lawinowo rosnąć. Od 1,7 kg na rok w 1990 r. do 14,9 kg w 2000 roku (z czego 85 proc. w USA – rocznie przepisuje się tam blisko 11 mln recept na ten specyfik). Prof. Eisenberg był jednym z konsultantów przy tworzeniu „biblii psychiatrów”, czyli DSM. Jako jeden z pierwszych zajmował się psychofarmakologią dziecięcą, autyzmem i zaburzeniami lękowymi, jak również ADHD. Dlatego dookoła tego zdania zrobiło się zamieszanie.
Co zrobić z ADHD?
No i co teraz? Co mamy zrobić z latami badań nad ADHD, z milionami dzieci diagnozowanymi i poddawanymi terapii, z doniesieniami, jakoby choroba ta miała podłoże genetyczne. Co mamy zrobić z tym zdaniem, o które nie możemy już zapytać człowieka, z którego ust padło? Otwiera to wiele problemów. Po pierwsze, czy ADHD to rzeczywiście prawdziwa choroba? Było wszak w historii nauki wiele przypadków, kiedy uznane przez specjalistów terapie (ba, nagradzane nawet Noblem!) po latach okazywały się niesłuszne, nieprawdziwe i krzywdzące. Tak było choćby w przypadku lobotomii: swego czasu jednej z metod leczenia schizofrenii i innych zaburzeń psychicznych. Chirurg przecinał włókna nerwowe łączące płaty czołowe z resztą mózgu. Skutek – pacjent stawał się potulny, bezmyślny, tracił poczucie tożsamości. Między 1935 a 1960 rokiem wykonano w USA blisko 50 tys. tych zabiegów. Wielu pacjentów umierało, inni stawali się okaleczonymi psychicznie niepełnosprawnymi jednostkami. Dość powiedzieć, że po latach np. Norwegia wprowadziła rekompensaty dla pacjentów poddanych lobotomii. Metodę zarzucono jako okrutną, nieetyczną i nieskuteczną. Inny przykład – eugenika, nauka, która rozkwitła na fundamentach nieprawidłowo przeprowadzonych badań, co nie przeszkodziło jej zmienić się w szkodliwą społecznie
ideologię. Nie miejsce tu, by pisać o skutkach politycznych stosowania eugeniki, dość
wspomnieć, że w jej efekcie wysterylizowanych zostało 55 tys. ludzi.
Fałszerstwa u podstaw wiedzy
A przypadek sir Cyrila Lodowica Burta, angielskiego psychologa, autora prac z dziedziny
psychologii wychowawczej i statystyki? Pamięta się go głównie z prac nad dziedzicznym
uwarunkowaniem inteligencji, które już za jego życia zaczynały być krytykowane.
Szczegółowe sprawdzenie wyników Burta przeprowadzone przez Olivera Gillie i Leona
Kamina potwierdziło, że wiele wyników badań statystycznych Burt sfałszował. Kłopot w tym,
że fałszerstwo odkryto dopiero w latach 70. XX wieku, a wcześniej „odkryciom” Burta
podporządkowano system edukacji brytyjskiej i zamknięto drogę do nauki wielu dzieciom.
Burt otrzymał za swe odkrycia tytuł szlachecki.
Dziś mówi się o nim z pewnym zażenowaniem.
Albo całkiem świeży przykład – zależności autyzmu od szczepionek. W 1998 r. „Lancet”
opublikował badania brytyjsko-kanadyjskiego lekarza dr. Andrew Wakefielda, z których
wynikało, że połączona szczepionka na odrę, świnkę i różyczkę wywołuje u dzieci autyzm.
Pismo przyznało się do błędu po 12 latach. Późniejsze badania nie potwierdziły prawdziwości
tez postawionych w pracy Wakefielda. W 2004 r. sprawą zajęła się brytyjska Generalna
Komisja Medyczna, która uznała, że Wakefield prowadził swoje badania w sposób nieuczciwy
i niefachowy.
Ferment jednak został zasiany. Działający dziś prężnie ruch „antyszczepionkowy” nie
przyjmuje tych dementi do wiadomości.
No więc, co w takim razie z tym ADHD?
Jest chorobą czy nie jest? – Myślę, że warto byłoby przyjrzeć się wynikom badań dotyczących
tej choroby – komentuje sprawę dr Tomasz Witkowski, który zasłynął z demistyfikowania
rozmaitych „osiągnięć” w psychologii (można o nich przeczytać w jego książce „Zakazana
psychologia”). – Może jest w tym ziarno prawdy, może naukowca pod koniec życia ruszyło
sumienie, a może to był jedynie sposób na to, by na starość zyskać nieco rozgłosu. Faktem
jest, że Eisenberg w artykule naukowym napisanym krótko przed śmiercią zawarł wiele z tych
przestróg, z których zwierzył się dziennikarzowi „Der Spiegla”.
Eksperci mają wątpliwości wobec ADHD. Zobacz, co o tej chorobie pisał krótko przed
śmiercią prof. Leon Eisenberg, znany amerykański psychiatra dziecięcy
Naukowcy nie lubią takich rewelacji
Oczywiście, środowisko naukowców często źle przyjmuje takie „rewelacje”, bo jak mają się
poczuć badacze, kiedy kwestionuje się sensowność ich wieloletniej pracy? Kiedy wali się
fundament, na którym z takim mozołem budowali swoje kariery – przyznaje Witkowski.
Tak samo źle przyjmują takie doniesienia zwykli ludzie – zwłaszcza zaś ci, których sytuacja
bezpośrednio dotyczy, a uważa się dziś, że ADHD występuje u 4-8 proc. dzieci w wieku
wczesnoszkolnym. Przy czym w najnowszym DSM (DSM-V) poszerza się definicję choroby i
obejmuje nią także dorosłych (ile kolejnych opakowań leku będzie można sprzedać, ilu
terapeutów znajdzie przy tym zajęcie!).
Oczywiście w takiej sytuacji pojawiają się także inne pytania – np. o wciąż zmieniające się
granice pomiędzy normą a zaburzeniem, o medykalizację naszych stanów psychicznych i
emocjonalnych, których nikt nie nazwałby dawniej chorobą. Ale także o lepszą diagnostykę,
wykrywalność i wyleczalność wielu przypadłości, które były kiedyś lekceważone. No i o to, czy nauce można ufać.
- Mnie ta zdolność nauki do falsyfikacji uznanych faktów właśnie cieszy – mówi dr Witkowski.
- Bo pokazuje dążenie nauki do prawdy, a nie opieranie się na dogmatach. Na tym polega wielkość nauki, że potrafi coś zakwestionować, zwątpić w coś, zapytać o to jeszcze raz. Na tym też często zasadza się jej ciągły postęp.
Zanim więc wylejemy nasze hiperaktywne i nieumiejące skupić uwagi dziecko z kąpielą, zanim kategorycznie potwierdzimy lub zakwestionujemy istnienie ADHD, sięgnijmy po zdrowy rozsądek.
Nikomu nie zaszkodzi weryfikacja badań. Zadanie tych samych pytań po raz kolejny. Bądźmy jednak otwarci na odpowiedź. Jakkolwiek mogłaby się ona okazać niewygodna.
ADHD to prawdziwe zaburzenie
komentuje nasz artykuł prof. Tomasz Wolańczyk, krajowy konsultant w dziedzinie psychiatrii dzieci i młodzieży.
Pozycja zespołu nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD) wg klasyfikacji Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego i Zaburzenia Hiperkinetycznego (HD) wg klasyfikacji ICD-10 jest potwierdzona jako zaburzenia (nie choroby!) o ustalonym obrazie klinicznym, przebiegu, rokowaniu i etiologii. Na istnienie zdefiniowanych zaburzeń nie mają wpływu niczyje oświadczenia, nawet osób twierdzących że są „ojcami ADHD” (jest to zresztą twierdzenie mocno wątpliwe, Leon Eisenberg nie jest nazwiskiem wymienianym zbyt często w kontekście historii badań nad ADHD).
W latach 60. ubiegłego wieku opublikowano liczne stwierdzenia, że sfabrykowaną chorobą jest schizofrenia, co nie zlikwidowało istnienia tej choroby (w tym przypadku – choroby). Nie wyobrażam sobie żadnych innych – poza medialnymi – reperkusji tego oświadczenia. Zupełnie osobnym zagadnieniem jest nadrozpoznawanie w niektórych krajach ADHD i w związku z tym zbyt szerokie stosowanie leczenia farmakologicznego – tak dzieje się np. w USA. Problem ten jednak zupełnie nie dotyczy Polski, w której liczba dzieci leczonych farmakologicznie z powodu ADHD jest od wielu lat stała i znacznie niższa niż szacowane rozpowszechnienie diagnozy zaburzenia hiperkinetycznego (ciężkiej, mieszanej inwalidyzującej postaci ADHD) w populacji polskiej.
Źródło: wyborcza.pl Olga Woźniak